W lipcu Rada Ministrów zdecydowała o rekordowej podwyżce płacy minimalnej o 150 złotych (największej od 10 lat). Od nowego roku płaca minimalna ma wynosić po raz pierwszy 2000 zł brutto. Rząd w ten sposób przebił nawet postulaty związków zawodowych dotyczące płacy minimalnej. Ponadto Sejm przyjął ustawę o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Ustawa mówi o wprowadzeniu minimalnej stawki godzinowej w wysokości 12 złotych brutto, ale dzięki waloryzacji od 1 stycznia 2017 r. będzie ona wynosić 13 złotych brutto. To milowy krok nie tylko dlatego, że po raz pierwszy ta kwota została ustalona w ramach kompromisu pomiędzy stroną związkową a pracodawcami, ale również dlatego, że ustawa ma szansę znacznie polepszyć sytuację osób pracujących na śmieciówkach, których w Polsce jest bardzo dużo.  W Polsce według ostatnich danych zatrudnionych jest ok. 15 mln pracowników, z tego ok. 1,5 mln na tzw. umowach śmieciowych. Pod tym względem jesteśmy niechlubnym liderem w Europie. Dodatkowo w trakcie rządów PO –PSL drastycznie wzrosła liczna osób zatrudnionych na śmieciówkach w instytucjach państwowych, co jest również ewenementem na skalę europejską.

Dotychczas osoby pracujące na śmieciówkach nie były objęte żadnymi regulacjami dotyczącymi minimalnego wynagrodzenia. Dochodziło z tego powodu do skandalicznych sytuacji w których pracownicy ochrony i personel sprzątający zarabiali po 4-5 zł na godzinę. Sytuacja dotyczy zarówno prywatnego biznesu, jak i instytucji publicznych. Wysoka liczba tzw. „poor workers”, czyli „ubogich pracujących” jest wstydem dla naszego kraju.  Autorzy raportu „Outsourcing usług ochrony oraz utrzymania czystości w instytucjach publicznych” informują, że „najniższa stawka, z którą spotkano się podczas badań, wynosiła 3,40 złotych netto na umowie o dzieło, a następnie 3,70”. Ustawa poprzez wprowadzenie sztywnych regulacji zmieni ten stan rzeczy. Wzmacnia ona także Państwową Inspekcję Pracy, która w końcu będzie mogła kontrolować firmy bez uprzedzenia pod kątem łamania prawa pracy i ewentualnego omijania regulacji o minimalnym wynagrodzeniu. Do tej pory tego typu kontrole odbywały się po uprzednim poinformowaniu pracodawcy, co w znacznym stopniu czyniło je nieskutecznymi. Projekt zakłada również uchylenie przepisu zgodnie z którym wysokość wynagrodzenia pracownika w okresie jego pierwszego roku pracy, nie może być niższa niż 80% wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę. Oznacza to, że po wejściu w życie proponowanej nowelizacji, każda osoba niezależnie od stażu pracy będzie miała prawo do pełnego minimalnego wynagrodzenia. Warto przy okazji przypomnieć, że niedawno rząd Prawa i Sprawiedliwości uchwalił ustawę likwidującą syndrom pierwszej dniówki, która ma skutecznie zapobiegać zatrudnianiu na czarno i zmuszać pracodawców do podpisania umowy o pracę już w pierwszym dniu pracy. Widać, że troska partii rządzącej o pracowników ma szerszy zakres i nie ogranicza się tylko do gestów.

Przeciwko projektowi o minimalnym wynagrodzeniu zagłosował niemal cały klub Nowoczesnej (wyłamała się zaledwie jedna posłanka) i przeważająca większość posłów klubu Kukiz15. Argumenty liberałów zadziwiały. Przedstawiciele opozycyjnych ugrupowań twierdzili, że takie regulacje zniszczą polskich przedsiębiorców. Szkoda, że nie zauważają iż to niskie płace i opieranie polskiego kapitalizmu na wyzysku taniej siły roboczej niszczy polskich pracowników oraz gospodarkę, bo wielu młodych, zdolnych ludzi było zmuszonych stąd wyjechać ze względu na niemożność znalezienia godnej pracy za godną płacę. Zadziwiające jest to, że po upadku doktryny Balcerowicza są jeszcze politycy, którzy biorą pod uwagę jedynie dobro przedsiębiorców, a nie interesuje ich los pracowników. Głodowe płace oddziałują źle również na polskich przedsiębiorców, bo ubożsi pracownicy mniej wydają, popyt jest tłumiony, a gospodarka mniej zarabia.

Liberałowie lubią też powtarzać, że podwyższenie wynagrodzeń nie powinno się odbywać poprzez zwiększanie regulacji, ale za pomocą obniżania podatków dla przedsiębiorców i ograniczania rzekomo „wysokich kosztów pracy”, co z kolei spowoduje to, że rynek sam przyczyni się do wzrostu płac. Po pierwsze gdyby tak było, to osoby pracujące na śmieciówkach zarabiałyby w Polsce dużo, bo śmieciówki nie są obłożone takimi samymi podatkami i składkami jak umowy o pracę. A tak przecież nie jest. Po drugie w Polsce koszty pracy wbrew obiegowemu mitowi nie są wcale duże. Według raportu Europejskiego Urzędu Statystycznego Polska ma jedne z najniższych kosztów pracy w Unii Europejskiej. Wynika z niego, że w 2013 r. godzinne koszty pracy w UE wynosiły średnio 23,7 euro (najwięcej w Danii – 40 euro, najmniej w Bułgarii – 3,7 euro, a w Polsce jedynie 7,6 euro). Ponadto gdy w latach 2008-2012 koszty pracy w całej UE wzrosły o 10,2%, u nas ten wzrost wynosił jedynie 0,1 % (w Bułgarii 44 %). Eurostat wskazał też pozapłacowe koszty pracy jako procent całości wynagrodzenia. W 2013 r. średnio wynosiły one 23,7% całego wynagrodzenia. Największe były w Szwecji – 33,3%, we Francji – 32,4%, a w Polsce tylko 16,7 % – czyli również znacznie poniżej średniej unijnej.

Nie dajmy się więc zwieść bałamutnym argumentom. Wzrost wynagrodzeń najuboższych musi być stymulowany przez państwo, a rząd Prawa i Sprawiedliwości realizuje swoje postulaty i obietnice wyborcze w tej kwestii.

Poseł na Sejm RP Bogdan Latosiński