15 marca 2017

Informacje i dokumenty ujawnione niedawno przez Instytut Pamięci Narodowej potwierdzają jednoznacznie, że Lech Wałęsa współpracował w okresie PRL-u ze Służbą Bezpieczeństwa i był zarejestrowany jako TW „Bolek”. Fakty te potwierdza nawet historyk Andrzej Friszke, który dotychczas bronił Lecha Wałęsy. W niedawno udzielonym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” mówi tak: „Nie mam wątpliwości, że te dokumenty są autentyczne. Świadczy o tym np. ich wielkość i szczegółowość. Nie ma możliwości, żeby tak obszerny szczegółowy opis sytuacji w stoczni odtworzyć po latach, np. po to, żeby skompromitować Wałęsę jako przywódcę „Solidarności”. Nikt nie byłby w stanie tego zrobić”. Co więcej, Friszke przyznaje, że Wałęsa szczegółowo informował bezpiekę o sytuacji w stoczni i działalności swoich kolegów opozycjonistów, a jego postawa moralna jest „bardzo trudna do obrony”.

Nie przeszkadza to Lechowi Wałęsie zarzucać krytykom kłamstwa, kluczyć, odwracać przysłowiowego kota ogonem, czy wręcz arogancko sugerować, że obalenie komunizmu zawdzięczamy tylko jemu, a wszelkie ataki na jego osobę są niszczeniem całego dziedzictwa „Solidarności”. Choć Wałęsa jest skonfliktowany z obecnym rządem, a zamieszanie wokół jego agenturalnej przeszłości sprowadza do „zemsty Jarosława Kaczyńskiego” to ciężko nie mieć wrażenia, że nikt nie szkodzi mu tak bardzo jak on sam. Wałęsa już dawno temu mógł wyjawić wszystkie niewygodne informacje ze swojej przeszłości i przeprosić tych, których ewentualnie skrzywdził. Myślę, że bardzo wiele osób byłoby skłonne mu wybaczyć ze względu na jego niekwestionowane przez nikogo zasługi. Przecież polskie społeczeństwo zrehabilitowało wiele postaci, które pomimo początkowej współpracy z aparatem PRL, późniejszą niezłomną postawą udowodniło swój patriotyzm i wierność Polsce. Taką postacią jest między innymi generał Ryszard Kukliński. Wałęsa nie dał jednak innym szans na to, aby mu wybaczyć.

Ale mój problem z Lechem Wałęsą nie dotyczy tylko współpracy z bezpieką. Po 1989 roku były lider „Solidarności” zrobił bardzo wiele, aby podważyć swoją wiarygodność jako byłego lidera związkowego. Na Zachodzie jest znany przede wszystkim jako legendarny przywódca masowego ruchu opozycyjnego w czasach PRL-u i noblista, ale tam mało kto wie, że Wałęsa zachęcał do „pałowania” związkowców, którzy protestowali, gdy poprzedni rząd podwyższał wiek emerytalny. Porzucenie ideałów przyświecających twórcom tzw. pierwszej Solidarności i legendarnych 21 postulatów (głównie socjalnych i pracowniczych), to jeden z największych grzechów Wałęsy, nie mniej istotny niż współpraca z SB, bo osadzony w pewnym politycznym kontekście polskiej transformacji, a konkretnie antyspołecznej postawy w III RP części dawnych elit antykomunistycznej opozycji wywodzącej się ze związku zawodowego. „Solidarność” była od samego początku ruchem w którego działalność zaangażowały się miliony obywateli, pracowników z mniejszych lub większych zakładów. „Solidarność” to nie tylko Lech Wałęsa, ale to właśnie w rządach Wałęsy już w wolnej Polsce, robotnicy upatrywali szans na lepszą przyszłość. Zawiedli się, bo po objęciu prezydentury Wałęsa (tak jak wielu innych polityków) o zwykłych ludziach zapomniał. Rozpostarł parasol nad „terapią szokową” Balcerowicza, której efektem była wyprzedaż majątku narodowego, upadek wielu zakładów pracy, likwidowanie licznych gałęzi przemysłu, a co za tym idzie utrata pracy przez wielu Polaków i widmo bezrobocia bez jakichkolwiek zabezpieczeń socjalnych. Po zakończeniu prezydentury też nie przypominam sobie, żeby Lech Wałęsa i jego obecni obrońcy stawali w obronie ludzi pracy i wypowiadali się na tak ważne społecznie tematy jak zwiększająca się liczba umów śmieciowych, niespotykane na skalę europejską zjawisko łamania praw pracowniczych, niewielkie zarobki, niskie uzwiązkowienie itp. Byłego prezydenta obciąża więc bardzo wiele, ale z biegiem czasu coraz bardziej tracę nadzieję na to, że Wałęsa kiedykolwiek zdecyduje się na zrobienie rachunku sumienia.

Poseł na Sejm Bogdan Latosiński

Felieton ukazał się w marcowym numerze pisma „Pasażer”